Strona główna » energia elektryczna » Energetyka wiatrowa i słoneczna – opłacalność

Energetyka wiatrowa i słoneczna – opłacalność

Archiwum

Rozwiązanie problemu wskazanego w tytule jest tak naprawdę podstawą do ekonomicznego myślenia o rewolucji energetycznej.  A przy okazji na podstawie dziwnych wyliczeń działy PR wielkich koncernów energetycznych próbują udowadniać i przekonywać publikę, że energia odnawialna jest nieopłacalna i nigdy opłacalna nie będzie. To samo, choć w znacznie prymitywniejszy sposób, robią tuby propagandowe Kremla. Zresztą w ten sposób można odróżnić jednych od drugich w polskich mediach. A odróżnić tak serwowana propagandę od rzeczywistości można niestety tylko za pomocą wiedzy, którą niniejszym staram się jak najprzystępniej przekazać. Drogi na skróty nie ma.  Można albo rozumieć, albo dać się manipulować.

 

Zacznę od kompletnej trywialności, a później z tego można wyciągnąć garść prostych wniosków

Elektrownie wiatrowe i słoneczne wytwarzają prąd. Nic w tym szczególnie dziwnego, po to są budowane.  Jak powszechnie wiadomo, wytwarzają go mniej lub więcej, a czasem wcale, co zależy od warunków atmosferycznych.  Elektrownie cieplne za to wytwarzają prąd zależnie od zapotrzebowania.  To generalnie wiadomo z tekstów klubu miłośników dymiących kominów.

Kapitan Oczywisty jeszcze ma kilka rzeczy do powiedzenia

Elektrownie wiatrowe i słoneczne nie potrzebują paliwa, a elektrownie cieplne (z wyjątkiem słoneczno-cieplnych, oczywiście), potrzebują.  A paliwo kosztuje. Niektóre mniej, inne więcej, ale kosztuje.  Przyjmijmy podobne koszty utrzymania ruchu, co nie do końca jest prawdą, bo obecnie są one dla dużych elektrowni fotowoltaicznych zdecydowanie najniższe, ale ogólnie nie stanowią jakiejś strasznie istotnej kwoty w bilansie żadnej elektrowni.

Sądzę, że każdy może sobie wyciągnąć wniosek, ale na wszelki wypadek sam go napiszę: dla istniejących dwóch elektrowni, odpowiednio wiatrowej lub słonecznej i drugiej coś spalającej, prąd ZAWSZE będzie tańszy z tej pierwszej. To wynika z najprostszej oczywistości – koszty oprócz paliwa są podobne, koszt energii pierwotnej dla elektrowni słonecznych i wiatrowych wynosi zero. Tańsze może być jedynie spalanie odpadów, za których utylizację ktoś dopłaca.

To oczywiście nie takie proste. Ale tym bardziej nie takie skomplikowane jak etatowi i zleceniowi z big energy i moskiewskiej ambasady próbują to przedstawiać.

Następny problem to oczywiście fakt, że OZE produkują prąd kiedy chcą, a nie kiedy my chcemy. Cóż. Po pierwsze to nie jest prawda, po drugie w takim zakresie w jakim jest to prawdziwe- nie ma znaczenia. Nie jest prawdziwe, bo OZE to nie tylko wiatr i PV, to także elektrownie wodne, biogazowe i słoneczno-cieplne. Oczywiście, spadku wody mamy ograniczone ilości, biogazu także, ale miejsca na elektrownie szczytowo- pompowe i słoneczno-cieplne raczej zbyt szybko nie zabraknie. A nie ma znaczenia, ponieważ nawet jeśli OZE nie jest w stanie zaspokoić całości potrzeb energetycznych danego kraju/rejonu/kontynentu to jest w stanie  zaspokoić ich część.

I komu to ma przeszkadzać?

Przeszkadza tym co zwykle – wielkim producentom energii, ponieważ nawet mały rozwój OZE, zwłaszcza w rekach obywateli w nieproporcjonalnie wielkim stopniu obcina im zyski.  Brzmi dziwnie? Nie tak bardzo. Zwykle sieć energetyczna zarządzana jest w taki sposób, że zależnie od potrzeb, włączane są kolejne elektrownie w kolejności zadeklarowanej ceny sprzedaży prądu, a następnie wszyscy dostają tyle samo. Co oznacza, że w warunkach np. fali upałów i poboru przez klimatyzatory, tania w przeliczeniu na wyprodukowany prąd elektrownia atomowa otrzymuje za swój prąd cenę taką samą jak włączany raz na rok 80-letni generator diesla, więcej niespalonego paliwa wyrzucający przez komin niż dający prądu…  Dodajmy do tego odrobinę fotowoltaiki dającej generalnie maksimum prądu akurat wtedy, gdy potrzeba używać największej ilości klimatyzatorów. I nawet odrobina podłączonej do sieci fotowoltaiki wystarczy, aby nie uruchamiano tych najdroższych w eksploatacji generatorów.  To powoduje niższą szczytową cenę prądu dla wszystkich producentów. Co wyżyna znacznie większą dziurę w bilansie tradycyjnej energetyki niż by na to wskazywał relatywnie mały udział energii słonecznej. Z energetyką wiatrową jest podobnie, szczyt produkcji zazwyczaj się pokrywa ze jesienno- zimowymi wieczornymi szczytami zużycia.

Te pieniądze oczywiście nie znikały. Nie trafiały do kieszeni akcjonariuszy, zostawały w rękach zarządców sieci lub powodowały obniżenia stawek. A najczęściej wysysała je w całości i z górką potrzeba modernizacji sieci i dostosowania jej do OZE. Na tym etapie zysków jeszcze nikt specjalnie wielkich nie widział.

Clue problemu polega na tym, że:

Wszystko powyżej było oparte o jedno, nieco fikcyjne założenie: mianowicie, że wskazane elektrownie już istnieją, a problem kredytów na ich budowę za to nie istnieje. To założenie jest bardzo często prawdziwe w stosunku do tradycyjnych elektrowni cieplnych i prawie nigdy w stosunku do wiatrowych i słonecznych. Po prostu – tradycyjne elektrownie były albo budowane na tyle dawno, że kwestia kredytów na ich budowę jest odległą przeszłością, albo były budowane w części lub całości z pieniędzy państwowych, co w wypadku obozu (czyli zbioru baraków) wschodniego oznaczało prawdziwe koszty nieznane i dawno zapomniane.

A ile to właściwie teraz kosztuje?

Dzisiejsze koszty można w rozwiniętych krajach i przy większej instalacji przyjąć za 1,5 $/wat mocy dla elektrowni wiatrowych (na lądzie), podobnie dla turbin gazowych i ok 3-4$ dla gazowego cyklu kombinowanego, 2,5-4 $ dla PV, 2-3,5$ dla węglowych i prawdopodobnie ok. 6-9$/wat dla atomowych. Ostatnie tylko prawdopodobnie, ponieważ w obecnym wieku nie zbudowano ani jednej elektrowni atomowej w krajach, gdzie można z jakimś przybliżeniem podać wiarygodne koszty, ani taka budowa nie jest prowadzona w sposób pozwalający te koszty przewidzieć.

Na to jeszcze nakładamy możliwe godziny pracy, które dla tradycyjnej energetyki cieplnej plasują się gdzieś pomiędzy 80% a 99%, dla wiatrowej od 20 do 35%, a słonecznej 10-25%. Oprócz oczywiście kwestii regulacji. Co oznacza, że dla porównywalnego dostarczenia tej samej ilości prądu musimy stosownie pomnożyć koszty budowy elektrowni słonecznych i wiatrowych, aby były porównywalne.  Proponuję dla pewnego uproszczenia przyjąć  3x i 6x nominalną moc dla tej samej produkcji odpowiednich elektrowni wiatrowych i słonecznych w porównaniu do cieplnych. To oznacza realne koszty tej samej możliwości produkcji prądu 3-4,5 $/wat dla wiatru i 15-24$/wat dla PV. To już robi różnicę. Ale jak widać, energia wiatrowa już jest tania, PV nie tak bardzo, jest to droga inwestycja, ale znikome koszty utrzymania wynagradzają. Czasami.

Gdzie jest problem?

Czysto rynkowo: elektrownia, która zaczyna się na małą skalę, za to z dużym kredytem i konkuruje z gigantami jest niezwykle wrażliwa na przepływy pieniężne. A przy zwyczajnym funkcjonowaniu rynku, im jest więcej tejże energetyki odnawialnej i sprzedaje ona prąd na rynku, tym niższe ceny w czasie dobrych warunków wiatrowych i słonecznych. W taki oto sposób konsumenci mogą mieć tanią energię (lub firmy przesyłowe zbijać kokosy), ale wszystkie elektrownie będą mieć problemy, zarówno OZE jak też klasyczne.

Ten mechanizm tłumaczy dlaczego feed-in-tariff, czyli gwarantowana cena sprzedaży jest tak dobrym narzędziem dla promowania rozwoju energetyki odnawialnej. Wystarczy tylko prawidłowo ocenić warunki klimatyczne i sprzętowe, a nie trzeba zgadywać przyszłego rozwoju sytuacji rynkowej. To znakomicie ogranicza ryzyko, więc też zmniejsza koszty finansowania.

Finansowanie

To tak naprawdę jest klucz do odpowiedzi na pytanie o koszty, zyskowność i konkurencyjność OZE. Jeśli nie mamy kosztów paliwa, to właśnie kwestia kosztów kapitału obraca naszą zabawę w żyłę złota albo sprawę dla wydziału upadłościowego.

Pomijając chwilowo zmienność cen prądu w czasie wyobraźmy sobie tą samą produkcję energii z tymi samymi kosztami inwestycji elektrowni węglowej i wiatrowej (ta 3x większej mocy, j.w.) I co? I węglowa może konkurować, jeśli dostarczany węgiel będzie za darmo. Nie jest, więc energia z węglowej zawsze będzie droższa.

To powoduje dalsze konsekwencje: zgodnie z kolejnością uruchamiania, elektrownie węglowe są używane dopiero wtedy, gdy nie ma wystarczającej produkcji z energii wiatrowej i słonecznej. Co oznacza mniej i mniej godzin w roku w miarę rozbudowy OZE. Oznacza to, że dla opłacalności inwestycji musi być liczone i przewidziane częściowe obciążenie. Jeśli ma ono przebiegać w okolicach 1/3, to nagle porównujemy koszty inwestycyjne już bez podanych wyżej mnożników. I w ten sposób energia wiatrowa jest najtańsza, bezwzględnie, a energia atomowa kompletnie nieopłacalna.

Wracając do rzeczywistości

Oprócz opisanych wyżej wyliczeń, jak już wspomniałem sytuacja wygląda tak, że w klasycznych elektrowniach koszty amortyzacji już nie mają znaczenia, podczas gdy w wiatrowych i słonecznych amortyzacja (od strony księgowej) lub spłata kredytów (od strony przepływów pieniężnych) to dokładnie największy problem. Przyjmując inne warunki niż najczęstszą sytuację zakredytowania pod korek, czyli np. dłużej istniejąca elektrownia wiatrowa, która część sprzętu już ma kompletnie spłacone, a kredyty zaciągane są tylko na rozbudowę – tu już próg opłacalnej ceny będzie niższy. Albo zupełnie ekstremalny przypadek: sporo dużych korporacji z USA obecnie śpi na gotówce i nie bardzo ma co z nią robić (na pierwszym miejscu w tym rankingu chyba jest Apple). Jedyną realna możliwością jest zakup płynnych i wiarygodnych obligacji skarbowych, których oprocentowania obecnie są około zera. Dodatkowo zwykle w USA system promocji energii odnawialnej opiera się na dodatkowych przywilejach podatkowych, co jest zupełnie dobrym rozwiązaniem dla firm mających więcej gotówki niż ochoty na zrzutkę do państwowej kasy. Jedynym problemem jest zamiana płynnych aktywów (gotówki) na niepłynne (elektrownia), a poza tym dochodowość może być dowolnie niska, ulgi podatkowe zainkasowane, w każdym wypadku jakoś się uzbiera więcej niż obligacje FED.

Z tego opisu mamy fragmenty odpowiedzi na główne pytanie- czy energetyka odnawialna jest opłacalna?

Jak widać, elektrownie budowane w czasach obowiązywania ulg podatkowych w USA mają tak naprawdę absolutnie znikome koszty produkcji- ponieważ efektywnie koszt kapitału był ujemny (znikome możliwości alternatywnych inwestycji i duże ulgi podatkowe za samo wydanie tych pieniędzy).  Koszty eksploatacji są niskie, paliwo darmowe. W skrócie, cena prądu jest bliska zeru, a konkurowanie przez tradycyjną energetykę niemożliwe.

Drugim biegunem jest Argentyna. Kraj w którym jest jednocześnie najlepszy na świecie obszar dla energetyki słonecznej (Altiplano, znacznie lepsze niż Sahara czy pustynie Namibii) oraz najlepsze wiatry na lądzie (Patagonia), ale nie ma ani dobrych regulacji wspierających energetykę odnawialną, ani taniego finansowania. Stąd, pomimo doskonałego potencjału, kraj jest zależny od importu gazu. Ale warunki wiatrowe są na tyle dobre, że w tejże Patagonii energetyka wiatrowa może i konkuruje z tradycyjna bez żadnego wsparcia i pomimo wysokich kosztów finansowania, montażu instalacji i właściwie wszystkiego.

To w końcu – opłaca się czy nie?

Miałem odpowiedzieć na pytanie czy energetyka odnawialna jest opłacalna. I co? I nic, czasem jest, czasem nie jest. Każdy to wiedział przed przeczytaniem. To może bardzo prosty przykład.  Mamy działającą, spłaconą całkowicie elektrownię węglową i nowy wiatrak. Powiedzmy wiatraczek 2 MW, który daje 2500 rocznie w przeliczeniu na pełną moc. To jest albo nowszy model pod słabsze wiatry, albo dobre miejsce. Powiedzmy, że kosztował 3 mln $, produkuje 5 GWh rocznie.  Według danych z USA w tamtejszych elektrowniach potrzeba 542 kg węgla na 1 MWh. Zakładamy tutaj zamortyzowane czyli starsze elektrownie, można zaokrąglić do 600 kg. To daje okrągłe 3 tys ton węgla o wartości opałowej 10,498 BTU/tonę. Najbliżej tej wartości opałowej jest węgiel z zagłębia Ulinta w Colorado, który kosztuje 36,45$/tonę. To daje łącznie 109350 $. Plus koszty transportu, należy doliczyć co najmniej połowę, do trzykrotności tej ceny.

Jak widać z powyższego, oznacza to minimalnie ok. 3% ceny elektrowni wiatrowej rocznie. Nie ma takich tanich kredytów i nikt nie rozpocznie inwestycji pod taką stopę zwrotu, do ok 10% w miejscach wysokich kosztów transportu węgla. To ostatnie już ma pewien sens. A jeśli podstawimy w to miejsce kopalnie głębinowe o kosztach wydobycia co najmniej 70$/tonę (których nie opłaca się nigdzie daleko wozić), to na starcie mamy ok 6%. Też mało, ale zysk w okolicach pewnego. I mówimy tutaj o konkurowaniu nowej, przynoszącej zysk elektrowni wiatrowej z zamortyzowaną i nie modernizowaną elektrownią węglową. I w takiej konfiguracji mamy sytuację bliską granicznej.

Wyżej wskazane obliczenia robiłem dla węgla, dla diesla do generatorów prawie szkoda zużywać klawiatury. OZE po prostu jest tańsze w każdej rynkowej konfiguracji (o ile ceny paliwa nie są zbyt mocno dotowane). Przy amerykańskiej sprawności i niemieckich cenach gazu, nadal wychodzi 170 $/MWh samego paliwa, co akurat zapewnia już godziwy zysk wiatrakom beż żadnych dotacji.

Dalsze wnioski

Z powyższych danych można ich wyciągnąć dość dużo.

1. Tradycyjna energetyka nie jest w stanie konkurować na równych i uczciwych zasadach z energetyką wiatrową.

2. Może to robić, i robi za pomocą przytulania ukrytych dotacji oraz dekapitalizacji posiadanego majątku.

3. Ta sytuacja najbardziej uderza w producentów surowców energetycznych, co tworzy  związanie ceny węgla z kosztami instalacji energetyki wiatrowej, choć jeszcze nie słonecznej.

4. Poziomem podłogi jest węgiel wydobywany w kopalniach odkrywkowych i koszt jego transportu.

5. Oznacza to, że dostawcy gazu energetycznego się będą musieli do tego dostosować, dokładnie jak pisałem wcześniej  

6. Także producenci węgla energetycznego z kopalni głębinowych mogą się przez jakiś czas utrzymać tylko w miejscach, gdzie koszty transportu węgla z odkrywek przewyższają ich koszty wydobycia ORAZ panują słabe warunki dla energetyki wiatrowej.

7. Kompania Węglowa powinna myśleć o nowym modelu biznesowym, bo obecny jest skończony. Tak samo pomysł strategicznego oparcia polskiej energetyki na węglu. O atomie nie warto wspominać. Utrzymywanie na kroplówce Kompani Węglowej, budowa nowych bloków węglowych lub elektrowni atomowej zabetonuje Polskę na następne pokolenie w skansenie technologicznym z jednymi z najwyższych w Europie kosztów energii. Co za tym idzie uniemożliwi rozwój ciężkiego przemysłu (tego najbardziej dochodowego, jakby ktoś się pytał). Pozostaną montownie, one nie potrzebują zbyt dużo prądu.

Reklamy

12 Komentarzy

  1. Jura pisze:

    Dzięki za przystępność twych artów, dzięki temu mogę mniej „technicznie rozgarniętym ” znajomym przekazywać.
    Mi osobiście najbardziej brakuje w twych wpisach porównań EROI wszystkich gałęzi wytwórczych i dynamiki ich rozwoju (spadku)
    Nie wiem czy znasz, ale pozwolę sobie zapodać tu linki 2.
    Może ktoś jeszcze poczyta:
    http://damnthematrix.wordpress.com/2014/08/29/the-energy-dynamics-of-energy-production/

    http://festkoerper-kernphysik.de/Weissbach_EROI_preprint.pdf

  2. EROEI wydaje mi się niezbyt udanym konceptem. W zamierzchłych czasach dawał pewne porównanie, a jeszcze bardziej narzędzia propagandowe miłośnikom śmierdzących kominów. Powiedzmy 30 lat temu, gdy bilans energetyczny fotowoltaiki i energii wiatrowej był prawdopodobnie negatywny było to narzędzie propagandy. Dziś jest raczej wszędzie pozytywny i propaganda milczy. Ja też milczę, bo jako narzędzie sensownych obliczeń jest praktycznie bezwartościowe. Potrzeba z kapelusza przyjąć taką ilość wątpliwych założeń, że wynik jest bez wartości poznawczej- nadaje się wyłącznie do hałasowania propagandą. Te założenia to- samo źródło energii wykorzystywanej w produkcji , jego koszt i bilans- w szczególności np. czy ciepło technologiczne się dostarcza spalaniem, czy elektrycznością, jeśli prądem to czy odnawialnym, potem nie wiadomo skąd bilans energii do transportu towarów i komponentów. Na koniec zużywający olbrzymie ilości energii pracownik w USA czy minimalne gdzieś w Wietnamie. Na koniec rocznie PV produkuje 3x więcej prądu na argentyńskim Altiplano niż w Polsce, tak samo miejsca wiatrowe różnią się znacznie. Trzeba mieć doskonałą znajomość struktury kosztów na każdym etapie życia produktu i jeszcze średnią rynku w każdym czasie i miejscu tego życia. Nie przypuszczam, aby kiedykolwiek i gdziekolwiek mogło być coś takiego zrobione. Dla przykładu mam sobie plany małej elektrowni wiatrowej z bezprzekładniowym generatorem, który wymaga relatywnie dużo żywic, miedzi i magnesów neodymowych. To samo da się zrobić na zwykłych żelaznych magnesach, z mniejszą ilością miedzi i żywic, ale z przekładnią. Przekładnia ze stali, ale potrzeba precyzyjnej obróbki. Pierwszy można zrobić na sypiącej się tokarce, drugie bez precyzji nie ruszać. Tym większej im większe przełożenie, czyli większa oszczędność na generatorze. Ale precyzyjne obrabiarki kosztują i to w wymiarze energetyczny także sporo. I jak to liczyć?

  3. Krzysztof Lis pisze:

    Wszystko prawda, oprócz tego fragmentu o miejscach do budowy elektrowni szczytowo-pompowych. Z czasów studiów kojarzę, że tych w Polsce to już za bardzo nie ma (chyba, że z budowaniem dwóch zbiorników włącznie). Ale może miałeś coś innego na myśli?

    Na elektrownie szczytowe to w naszych przaśnych warunkach najlepiej by się nadawały właśnie te na biogaz. Bo elastyczne, paliwo przechować łatwo, itd.

  4. W istocie miejsc na elektrownie na rzekach nie ma. Oprócz systemu Wisły i drobnych możliwości na Pomorzu Środkowym. Jak najbardziej miałem na myśli takie klasyczne szczytowo- pompowe. Jeden naturalny zbiornik się zawsze znajdzie- mało to w Polsce jezior obok wzgórz? A jeszcze lepiej wykorzystać zamykane kopalnie. Pompy i rury już są jako system odwadniania, prawie nic nie trzeba przebudowywać, spadek olbrzymi.
    A składowanie choćby dobowe jest w tym scenariuszu absolutnie niezbędne, aby w lecie wyłączyć wszystkie elektrownie cieplne- zostaje wiatr, w lecie słaby, słońce- jako podstawa i trzeba to wszystko zbilansować składowaniem, czyli na dziś wodnymi. Ale nawet w dokładnej realizacji planu to i tak jest jeden z ostatnich elementów (moment, kiedy wyłączamy na lato elektrownie cieplne)

  5. A gaz to generalnie zbyt cenne paliwo, aby spalać je do prądu. Przecież może służyć w prawie całym transporcie, nawet w części samolotów.

  6. Krzysztof Lis pisze:

    Akurat rzeki i elektrownie szczytowo-pompowe to niezły pomysł. Co stoi na przeszkodzie, by w dzień Wisła płynęła z południa na północ, a w nocy odwrotnie? Na każdym progu można przecież zamontować pompoturbinę.

    Co do kopania sztucznych jezior na szczytach wzgórz, to wątpię, by się znalazło na to wsparcie ze środowiska. Ale kopalnie to całkiem niezły pomysł.

    Inna rzecz, że kopalnie można też wykorzystać do magazynowania sprężonego powietrza na potrzeby elektrowni gazowych — to daje możliwość magazynowania części energii (gdy jest jej nadmiar — pracują elektryczne sprężarki, gdy prądu brakuje, turbina nie marnuje mocy na napęd sprężarki i daje więcej prądu przy tym samym zużyciu gazu).

  7. Generalnie jak są kolejne progi to chyba zupełnie standardowo się tak robi. Przy okazji rzeka by była spławne i w OBIE strony barki by płynęły z prądem. Rewelka 🙂
    Sprężone powietrze razem ze spalaniem w turbinach to jest dobry pomysł, bo masz większe ciśnienie i niższe temperatury, więc można jeszcze trochę podkręcić sprawność. Przy okazji jeszcze może by „wypłukiwało” metan z resztek złóż?
    Czy jest na sali geolog?

  8. Jura pisze:

    Wiesz, a dla mej inżynierskiej duszy to jednak zostanie on podstawą poważnych opracowań (pod warunkiem realistycznych warunków brzegowych i wyliczeń opartych na danych rzeczywistych), bo widzisz, słusznie brzmią Twe plany ale, może na ich realizację nie wystarczyć energii.
    Z Twych słów powyżej rozumiem, że odrzucasz go głownie z powodu trudności jego wyznaczania, hm?
    Dlatego też zapodałem te dwa linki, tam właśnie pokazane jest że znając dokładnie całość strumieni procesu można się pokusić o wyznaczenie współczynnika.
    Ładnie z tematem EROI w przemyśle produkcji żywności rozprawia się Eric Garza z Post Carbon Institute. Polecam głęboko.
    To co mówisz, że nie jest możliwe do wiarygodnego oznaczenia, okazuje się możliwe i jak pisze autor wpisu : From here on, we are going to have to be very careful about how we allocate energy, because not only is it going to be very expensive, it will mean that someone else will have to do without. For the first time, ERoEI is going to be critically important to what we choose to do. If this factor is ignored, we will end up spending our fossil energy on making solar energy, ….”

  9. OK, zmusiłeś mnie do dokładnego przeczytania tych tekstów. Rzeczywiście dość dobrze zrobione, w szczególności drugi.
    I zdania nie zmieniam. EROEI w każdym wypadku jest niewątpliwie dodatnie, a problem który podnosisz istnieje w zupełnie innej formie. Chiny obecnie usiłują gospodarkę przestawić na energie odnawialną . Tylko problem polega na tym, że CAŁA światowa produkcja PV i wiatraków wystarczy na zaspokajanie ok 40% wzrostu potrzeb energetycznych Chin. W realizowanych planach jest obłędne zwiększanie produkcji instalacji OZE, ale to ciągle za mało. Kwestia deficytu energetycznego wywołanego produkcją PV w tym wszystkim nie wydaje się mieć jakiegokolwiek znaczenia. Co do wiatraków to dowiedziałem się, że EROEI zależy od siły wiatru miejsca w którym są postawione. Od siebie dodam, że także modelu wiatraka.
    Jestem trochę złośliwy, ale naprawdę nadal nie widzę szerokich skutków takiego a nie innego. Z jednym wyjątkiem- rosnącego dla kolejnych generacji sprzętu OZE i spadającego przy paliwach kopalnych z powodu trudniejszego wydobycia.

  10. Jura pisze:

    Kontynuuje tutaj, jako że względu na ograniczenie zageszczenia poziomów komentarzy do 3 poziomow nie moglem wyzej.

    To co wspominasz o Chinach, to jest właśnie potwierdzenie tego co staram sie powiedziec w mych komentarzach.
    Piszesz, ze poruszony przeze mnie problem ma inna posta. Kurcze nie umiem z twych odp. wysnuc jaką.(to nie drwina i retoryka)

    Globalnie nie ma wystarczajacej ilości energii na przestawienie gospodarki na OZE. i dlatego zapodalem ten link pierwszy link w ktorym jest lacze do takiego modelowania dla produkcji PV
    http://www.davekimble.org.au/peakoil/news/energy-profit.xls

    Wymagane nakłady inwestycyjne zbyt duże i zbyt krotki przedzial czasowy.
    No chyba, że Rossi zacznie rozdawac swoj ecat (if any)za free.

    I dlatego zgazzdam sie autorami twierdzącymi ze EROI jest kluczowym wspolczynnikiem.

    co tu:
    http://damnthematrix.wordpress.com/2014/08/29/the-energy-dynamics-of-energy-production/
    zostalo dosc dobrze udowodnione na liczbach i sensownych zalozeniach. a Ty to sobie zbyles twierdzeniem :Kwestia deficytu energetycznego wywołanego produkcją PV w tym wszystkim nie wydaje się mieć jakiegokolwiek znaczenia.

    A skoro juz „zmusilem” cie doprzebrniecia prze te 2 lektury to moze jeszcze raport IEA by sie przydal na poparcie mych slow.
    http://www.iea.org/publications/freepublications/publication/WEIO2014.

    NA tyle na ile rozumiem, to potrzeba ~2,5 bln $ rocznie by sie przestawic na OZE (nie uwzgledniajac EROI procesow) a tego nie ma i nie bedzie wiec starczy nakladow finansowych o czasie, i bezwladnosci geopoliycznej nie wspominajac.

    Wiec jakos mnie nie przekonales liczbowo. i nadal twierdze, ze slowa :
    For the first time, ERoEI is going to be critically important to what we choose to do. If this factor is ignored, we will end up spending our fossil energy on making solar energy, ….”
    sa prawdziwe, a propozycje nie uwzgledniajace zrodell nakladow energetycznych i finansowych z leksza ocieraja sie o myslenie zyczeniowe.

  11. OK, trochę bałaganu się w tej dyskusji robi, lepiej by było, gdybyś dawał kolejne komentarze pod jednym wpisem, spokojnie zaczynając nowy wątek. Przy okazji- limit linków jest chyba 2, potem idzie automatycznie do moderacji.
    A do rzeczy- pomijasz dwie zasadnicze rzeczy:
    1. Zużycie energii przez tradycyjną energetykę i okolice. Na przykład 10% elektryczności produkowanej w Polsce zużywają elektrownie, następne ok 7% kopalnie węgla. To jest zależne głównie od ilości produkowanego prądu. Wobec czego przy produkcji OZE w wysokości 100 zużycie spada o dodatkowe 17, czyli razem produkcja z węglą o 117. To jest energia nagle dostępna i może być przeznaczona na np. produkcję nowych OZE.
    2. To samo,ale w odniesieniu do sprzętu. Lepszą organizacją komunikacji publicznej zastępujemy część samochodów (jak w serii o transporcie w miastach). Przy dobrej organizacji społeczeństwa i przemysłu zostają zagospodarowane nadwyżki robotników, inżynierów maszyn i stali i zamiast na samochody są przeznaczone na wiatraki (umownie). Ilość energii dostarczanej do gospodarki nie ulega zmianie, odstawianie energii kopalne rusza pełna parą. Aby nie być gołosłownym- prawie dokładnie ten proces zaszedł w Niemczech w 2009-14. Przy okazji recesji przemysł samochodowy i okolice siadły, staniały surowce OZE wystartowało jak z wyrzutni. Z zerowym efektem zużycia energii, a gwałtownym wzrostem wytwarzania źródeł OZE i produkcji energii z nich.
    Pewnie jeszcze będziemy musieli parę razy przerzucić się argumentami, nie mam nic przeciwko.

  12. A podsumuję moją tezę krócej: Każde włączenie do użytku energii odnawialnejpowoduje takie sameme lub większe zmniejszenie zużycia paliw kopalnych . I właśnie to jest źródłem finansowania- oszczędności. Tym większe, im wyższe były wcześniej koszty energii. W szczególności energia produkowana silnikami diesla w strefie subtropikalnej po przejściu na OZE jest tańsza. W każdej konfiguracji, zarówno ekonomicznie, jak też energetycznie (bo odpadają koszty bieżącego wydobywania ropy).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Follow rewolucja energetyczna on WordPress.com
%d blogerów lubi to: